Inne sporty,  Lekkoatletyka

Byli jak ogień i woda. 23 lata bez Władysława Komara i Tadeusza Ślusarskiego

17 sierpnia 1998 roku. Pomorze Zachodnie. Godzina 17:50. Tadeusz Ślusarski prowadzi forda scorpio należącego do Władysława Komara, który śpi na tylnym siedzeniu. W auto uderza renault prowadzone przez innego sportowca, Jarosława Marca. Ślusarski i Komar giną na miejscu. Dwóch mistrzów olimpijskich traci życie…

Byli jak ogień i woda, choć mocno się przyjaźnili. Mówi się, że przeciwieństwa się przyciągają i tak było w ich przypadku. Władysław Komar był typem człowieka, który lubił się pobawić. Przystępował do zawodów z wielkim luzem i czasem płacił za to gorszymi wynikami.

– Władek uwielbiał przede wszystkim zabawę. My, to znaczy ja i Jacek Wszoła, zawsze go pilnowaliśmy, żeby nie przeholował, żeby zdobywał minimum na dane zawody. Ale on nam uciekał. Zawsze wieczorem nas przechytrzył i wracał rano. Byliśmy małolatami, ale niesamowicie żeśmy go opierniczali, że łajza jest, bo nie czeka do zawodów, tylko wcześniej pije – mówił w rozmowie ze sport.pl Władysław Kozakiewicz.

Monachium 1972

Władysław Komar miał potencjał, by sięgać po największe sukcesy. Całkowicie uwolnił go na igrzyskach olimpijskich w Monachium w 1972 roku. Zdobył złoty medal w pchnięciu kulą z wynikiem 21,18 m, przerywając powojenną dominację Amerykanów. Nasz kulomiot miał świetny zmysł taktyczny.

Na treningu pchał kulą przeznaczoną dla kobiet. Tyle tylko, że nikt się nie domyślił, bo pomalował ją sprejem na kolor oznaczający kule dla mężczyzn. Cały czas rzucał w okolice linii oznaczającej rekord świata. Rywale patrzyli na to wszystko z niedowierzaniem.

W cieniu innych

Władysław Komar był jedną z najbardziej charakterystycznych postaci polskiego sportu w okresie PRL-u. W jego cieniu wielkie sukcesy osiągał Tadeusz Ślusarski, który skakał o tyczce. Ślusarski zacięcie rywalizował w swojej konkurencji z innym barwnym zawodnikiem, Władysławem Kozakiewiczem.

W 1976 roku w Montrealu Ślusarski został mistrzem olimpijskim, cztery lata później w Moskwie przegrał tylko z Kozakiewiczem. Nikt jednak nie wspominał o sukcesie Ślusarskiego, bo w Moskwie show dał Kozakiewicz, który pobił rekord życia i pokazał „wała” miejscowej publiczności.

– Nigdy żaden z nas drugiemu nie odpuszczał, często na mistrzostwach Polski tak walczyliśmy, że mieliśmy poziom jak na mistrzostwach świata. W 1976 roku w Bydgoszczy obaj pobiliśmy rekord Europy, osiągając 5,62 m. Ja to zrobiłem pierwszy, tylko dlatego, że pierwszy byłem na liście. Byliśmy ogromnymi rywalami. Ale jeszcze bardziej byliśmy kolegami – wspominał Kozakiewicz.

Wracali znad morza

Tadeusz Ślusarski i Władysław Komar byli jak ogień i woda nie tylko ze względu na zachowanie i podejście do życia. Różnica była widoczna także w wyglądzie, gdyż Komar ważył około 130 kg, a Ślusarski był szczupłym mężczyzną. W feralnym dniu, w którym odeszli z tego świata wracali z Międzyzdrojów (były wówczas organizowane doroczne biegi – Bursztynowa Mila Międzyzdrojów, Bieg Śniadaniowy). Oprócz nich w aucie był także Krzysztof Świostek, przyjaciel obu mistrzów olimpijskich oraz były sprinter AZS AWF Warszawa. Siedział on jako pasażer obok Ślusarskiego.

W drugim aucie oprócz Jarosława Marca podróżowała jego żona. Tylko ona oraz Świostek przeżyli wypadek. Wstrząsający moment Świostek opisał dla „Przeglądu Sportowego”.

„Z serdecznie nas podejmującymi gospodarzami imprezy w Międzyzdrojach po prostu nie mogliśmy się rozstać i nasz wyjazd opóźniał się z godziny na godzinę. Pamiętam, że dokładnie o dwunastej sławny długodystansowiec Antoni Niemczak pstryknął nam zdjęcie, które okazało się ostatnią fotografią zrobioną Władkowi i Tadkowi za życia. Wyjechaliśmy o 17.30. W obu kierunkach szosy mknęły sznury aut. Trzymałem na kolanach mapę, zastanawiając się, czy powinniśmy kierować się do Warszawy przez Bydgoszcz, czy raczej przez Poznań, gdy Tadek nagle krzyknął: „O k……a, zobacz, co on robi!”. Próbując uniknąć zjeżdżającego na lewą stronę renaulta, odbił gwałtownie w prawo, ale nie zdążył uciec. Uniknięcie zderzenia było już niemożliwe. Ford się obrócił, jakby spleciony z renaultem i stanął. Chyba od razu zaczął się palić, a ja z największym trudem zdołałem uwolnić się z pasów. Nie myślałem jednak wtedy o sobie, tylko rzuciłem się na ratunek przyjaciołom, nie mając pojęcia, czy żyją. Pierwszego wydobyłem „Ślusarza”, który miał trochę podpalone nogi. Potem nadludzkim wysiłkiem, gdy fotele z przodu już regularnie płonęły, udało mi się wyrwać zakleszczonego między siedzeniami 150-kilogramowego Władka. Obu odciągnąłem po około 30 metrów od grożącego wybuchem forda. Zaraz nadleciał helikopter, pojawił się lekarz, który – niestety – mógł już tylko stwierdzić zgon obu moich przyjaciół. Jarek Marzec wyglądał strasznie, widać było jego mózg przez otwartą czaszkę… Ja byłem w takim szoku, że nie czułem jakiegokolwiek bólu, dopiero potem okazało się, że mam pęknięte dwa żebra”

Źródło zdjęcia: RMF FM

Władysław Komar i Tadeusz Ślusarski zostali pochowani na warszawskich Powązkach obok siebie. Lekkoatleci byli w czasach PRL-u jak rodzina. Komar i Ślusarski też sprawiali wrażenie, jakby znali się od zawsze. Przy każdych wspomnieniach obu panów ból jest taki sam. Odeszli zbyt wcześni, zbyt młodo. Komar miał 58 lat, a Ślusarski 48 lat. Jednego dnia polski sport stracił dwóch mistrzów olimpijskich. Stracił ostoje. Pamiętajmy o nich!

W materiale wykorzystano cytaty ze strony sport.pl oraz z „Przeglądu Sportowego”

Czytaj także:
Maria Andrejczyk: Po tych czterech operacjach jestem z siebie dumna

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *