Inne sporty,  Lekkoatletyka,  Wywiady

Marek Plawgo: Mógłbym osiągnąć więcej, gdybym miał dwie zdrowe stopy

Marek Plawgo to były świetny lekkoatleta. Zdobywał dla Polski medale imprez międzynarodowych. W rozmowie z nami opowiedział o rozpoznawalności, początkach kariery, procesie treningu oraz o kontuzjach, które sprawiły, że nie ma pełnej sprawności.

Czy czuje się pan osobą znaną w Polsce?

Marek Plawgo, były lekkoatleta, płotkarz, medalista Mistrzostw Świata i Europy: Na pewno jest miło, jak ktoś mnie rozpoznaje, ale jakiś czas temu już zakończyłem karierę i wtedy człowiek przestaje odczuwać popularność. Teraz raczej mam spokój. Pamiętam, jak kiedyś byłem na rynku we Wrocławiu z Karolem Bieleckim. Wówczas dopiero zobaczyłem, co to jest popularność, bo Karola wszyscy rozpoznawali i chcieli sobie z nim robić zdjęcia. Wtedy też kibice prosili mnie o to, abym to ja wziął ich telefony do ręki i ich fotografował. To z pewnością było zabawne.

Dlaczego wybrał pan bieg przez płotki, a nie zwykłe bieganie?

Na pewno sam bym na to nie wpadł. Bieg przez płotki zrodził się u mnie pod dowództwem jednej osoby, której kariera w tej konkurencji się nie powiodła. Tą osobą jest Jan Widera. Współpracuję z nim na różnych frontach do dziś. On wiedział, że z moją motoryką będę dobrym zawodnikiem na 400 metrów przez płotki. Do pierwszego startu w zawodach w tej konkurencji byłem stopniowo przygotowywany, bo od pierwszego treningu do zawodów minęły aż dwa lata. Jak zacząłem wygrywać, to było jasne, że muszę dalej iść tą drogą i cały czas trenować bieg przez płotki.

Kto był dla pana inspiracją podczas kariery?

Szczerze mówiąc, to nie miałem zbyt wielkiego wyboru, ale mówię to w pozytywny sposób. Jedną z legend biegów na 400 metrów przez płotki jest Edwin Moses, który nie przegrał 100 zawodów z rzędu. On dominował przez 10 lat i jeśli chodzi o technikę biegu, to był wzorzec, którego nikt nie potrafił naśladować. Moses cały dystans biegał na 13 kroków. Trener często pokazywał mi nagrania z techniką biegu Amerykanina. Na podstawie tego, co robił, wprowadzaliśmy różne ćwiczenia.

Jak wygląda proces przygotowywania się do imprezy rangi mistrzowskiej? Przykładowo zawody odbywają się 28 sierpnia następnego roku i wówczas trzeba być w najwyższej formie. Jak to zrobić?

Jeśli miałbym być przygotowany na sierpień, to teraz pewnie siedziałbym na zgrupowaniu w Zakopanem. Przygotowania do startu w sierpniu zacząłbym pod koniec października. Żeby być w pełni gotowym do rywalizacji, trzeba poukładać wszystkie klocki. Mam tu na myśli np. szybkość. Jeśli chce ją zbudować, to muszę mieć ogólną dobrą formę wytrzymałościową. Później następują: wytrzymałość specjalna i tempowa. Nie można nigdy przeskoczyć danego etapu. Wszystko musi być budowane krok po kroku. Zawsze wiadomo, że forma musi już być ustabilizowana w czerwcu, kiedy zdobywa się kwalifikacje na sierpniowe zawody. Ogólnie mówiąc, to treningi są monotonne, np. siłownia 2-3 razy w tygodniu po 2 godziny. Dlatego świetnym przerywnikiem od wszystkiego są starty na hali. Wtedy ma się przyjemność z rywalizacji.

Co pan uważa za swój największy sukces i dlaczego?

Myślę, że medal mistrzostw świata, mimo że był koloru brązowego. Jak byłem bardzo młodym człowiekiem, to nie widziałem różnic między mistrzostwami świata a mistrzostwami Europy. Obie imprezy są rozgrywane naprzemiennie. Jak zostałem mistrzem Europy i grano mi Mazurka Dąbrowskiego, to było to świetne uczucie. Mimo wszystko jednak światowy czempionat stawiam wyżej. Choćby z przekazu medialnego, czy też umów sponsorskich. Myślę, że moja pozycja w świecie sportowym urosła bardziej po brązie na mistrzostwach świata niż złocie na mistrzostwach Europy. Nasz kontynent to coś bardziej regionalnego, a podczas rywalizacji o tytuł mistrza świata spogląda na ciebie Ameryka, czy też Azja. Ciągle jestem smutny z tego powodu, że nie mam w swojej kolekcji medalu olimpijskiego, a z drugiej strony jestem szczęśliwy, bo przywiozłem dwa medale mistrzostw świata z jednej imprezy.

Z mistrzostw świata w Osace Marek Plawgo przywiózł dwa medale/ Foto: TVP Sport

W trakcie kariery trapiły pana kontuzje. Czy zdarzyła się taka, która zostawiła swoje piętno do dziś?

Była taka jedna kontuzja, która położyła się cieniem nawet na całą moją karierę. Wynikało to z tego, że myślałem, że bieg, który ma się zaraz rozpocząć, będzie najważniejszy w moim życiu. Były to Mistrzostwa Śląska w biegu przez płotki na 60 metrów na hali. Będąc zawodnikiem 16-letnim myślałem, że to jest „być albo nie być”. Gdybym wtedy wiedział, że w przyszłości będę zdobywał medale imprez międzynarodowych, to bym takie biegi odpuszczał. Wcześniej przed tymi zawodami skręciłem staw skokowy i zamiast leczyć tę kontuzję, to nogę zawiązywałem bandażem i chodziłem na treningi. Ten uraz odbił mi się czkawką, ponieważ później ze względu na zwyrodnienia stawu miałem aż cztery operacje w trakcie całej kariery. Trochę moja swoboda ruchu była ograniczona. Przed ważnymi zawodami stosowałem pewną metodę treningową o nazwie: Co robić, by mnie nie bolało? I właśnie tak trenując, zdobywałem najważniejsze laury w mojej karierze. Myślę, że moje losy mogłyby potoczyć się inaczej, gdybym miał dwie zdrowe stopy.

Jedna z kontuzji prawia pozbawiła pana udziału w igrzyskach olimpijskich w Pekinie w 2008 roku. W jaki sposób pan się zdołał przygotować na zawody i jednocześnie uporać z urazem?

Fakt miałem wtedy kontuzję, ale wiedziałem, że nie zatrzyma mnie przed startem na igrzyskach. Pokrzyżowała mi natomiast ostatni etap szlifu formy i budowania pewności siebie. Jednak półtora miesiąca przed igrzyskami musiałem zrezygnować z treningu technicznego i ten stan rzeczy trwał około trzy tygodnie. W Pekinie startowałem z wiarą, że poradzę sobie bez szlifu, bo jestem doświadczony. Jak się jednak później okazało, to nie było takie proste. Kontuzja przed wyjazdem do Chin była pochodną urazów stopy. Żeby przygotowywać się do tych zawodów bez bólu, musiałem brać blokady przeciwbólowe ze sterydów, czyli najsilniejszy możliwy środek.

Wywiad przeprowadzili studenci II roku studiów niestacjonarnych dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim.

Czytaj także:
Janusz Kusociński – Złoty człowiek z tragiczną historią
Minęło 60 lat od skoku po marzenia i chwałę

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *