Najbardziej pamiętne mecze w historii futbolu cz. 1

Jak sami wiecie, lubię wspominać na blogu wybitne postaci sportu. Lubię również wspominać wydarzenia sportowe z przeszłości. Od dzisiaj zatem co jakiś czas będę przywoływał na blogu najbardziej pamiętne mecze w historii futbolu. W tym wpisie przedstawię wam 5 meczów, które według mnie powinny być rozpatrywane w kategorii tych pamiętnych. Oczywiście to jest tylko mój wybór i nie każdy musi się z nim zgadzać.

5. miejsce:
Francja – Jugosławia 4:5, półfinał Euro 1960

Moje zestawienie otwiera niezwykle emocjonujący mecz między Francją a Jugosławią. Stawką spotkania był awans do finału Euro 1960, co warte podkreślenia, pierwszej edycji tego turnieju.
Jugosławia była dla Francji niewygodnym przeciwnikiem, ponieważ Francuzi często przegrywali z tym zespołem, lecz przed półfinałowym spotkaniem piłkarze trójkolorowych liczyli na to, że przed własną publicznością pokonają przeciwnika.

Już od samego początku spotkania można było zobaczyć wiele akcji obu zespołów, a na bramki nie trzeba było długo czekać. W 11. minucie Milan Galić wyprowadził gości na prowadzenie. Jugosławia długo nie nacieszyła się jednak prowadzeniem, ponieważ tuż po wznowieniu gry od linii środkowej Francuzi przeprowadzili akcję, która dała im wyrównanie. Na listę strzelców wpisał się Jean Vincent. W dalszej części pierwszej połowy bardziej ofensywnie grali gospodarze i to dało efekt w postaci bramki zdobytej przez Francois’a Heutte’a w 43. minucie spotkania. Do końca pierwszej części gry nic się już nie zmieniło i tym samym Francuzi prowadzili 2:1. W drugiej części spotkania kibice mogli dostrzec kolejne wymiany ciosów pomiędzy zespołami. Mimo wszystko wydawało się, że to Francja zmierza po zwycięstwo, gdyż w 62. minucie prowadziła już 4:2. Co ciekawe jedną z bramek w drugiej połowie dla Francji zdobył Maryan Wisniewski, który jak łatwo się domyślić z pochodzenia był Polakiem.
Od bramki zdobytej przez gospodarzy w 62. Minucie mijało już ponad 10 minut, aż nagle rozpoczęło się trzęsienie ziemi ze strony gości. Ofensywa Jugosławii zaczęła się bawić z Francuzami jak z dziećmi i w 79. minucie spotkania gospodarze przegrywali już 4:5. Gole dla gości strzelali Tomislav Knez oraz Drazan Jerković (dwie bramki).

W tym spotkaniu można było dostrzec piękno piłki nożnej. W parę minut wszystko zmieniło się jak w kalejdoskopie, a Francja zniweczyła w zaledwie kilka minut swój dobry wynik, na który pracowała cały mecz. Do końca spotkania wynik się nie zmienił i Francja po raz kolejny musiała uznać wyższość Jugosławii. Tym samym to piłkarze z Bałkanów mogli cieszyć się z awansu do finału Euro 1960.


4. miejsce:
Włochy – Francja 1:1; rzuty karne 5:3, finał MŚ 2006

Mistrzostwa Świata 2006 to rozgrywki, które wspominam z wielkim sentymentem. Wówczas bowiem wkraczałem w świat piłki nożnej. Finał ówczesnego mundialu pomiędzy Włochami i Francją był pięknym zwieńczeniem tej imprezy i jednocześnie przyniósł pewien smutek w sercach piłkarskich kibiców.

Ów smutek był związany z odejściem na sportową emeryturę legendy światowego futbolu – Ziendine’a Zidane’a. Nikt przed spotkaniem się jednak nie spodziewał, że „Zizou” pożegna się z futbolem zadając cios głową w klatkę piersiową włoskiego obrońcy Marco Materazziego. Sędzia nie miał innego wyjścia i musiał dać kapitanowi „trójkolorowych” czerwoną kartkę. Zidane uległ prowokacjom Włocha i ewidentnie dał się ponieść emocjom. Całe zajście miało  miejsce w drugiej części dogrywki. Co jednak ciekawe obaj piłkarze już od samego początku meczu grali w nim główne role.

W 6. minucie spotkania Marco Materazzi sfaulował w polu karnym Florent’a Maloude, a sędzia odgwizdał rzut karny, który na bramkę zamienił nie kto inny jak Zinedine Zidane. Minęło zaledwie 13 minut od bramki strzelonej przez kapitana Francuzów, a do odrabiania strat ruszył… Materazzi. Po dośrodkowaniu piłki z rzutu rożnego wykonywanego przez Andreę Pirlo, Materazzi pięknym strzałem głową pokonał bramkarza Francuzów. Mecz toczył się w dość szybkim tempie i kibice zgromadzeni na stadionie Olimpijskim w Berlinie mieli prawo liczyć na kolejne bramki. Padły one jednak dopiero w konkursie rzutów karnych, który wygrali Włosi. W głównej mierze zaważył o tym David Trezegeut, który nie wykorzystał swojej „jedenastki”, a pozostali strzelcy nie pomylili się uderzając piłkę z linii jedenastego metra.
Ogółem mówiąc cały mecz był dobrym widowiskiem, ale było w historii wiele lepszych. Jednak dramaturgia, którą stworzył duet Zidane – Materazzi sprawia, że o tym spotkaniu będzie się pamiętać zawsze.

Foto: https://naijmobile.com/


3. miejsce:
Urugwaj – Brazylia 2:1, finał MŚ 1950

Podczas mundialu 1950 nie było w terminarzu oficjalnego finału, ale po wcześniejszych meczach fazy finałowej tak się złożyło, że spotkanie Urugwaju i Brazylii decydowało o zdobyciu mistrzostwa świata. Ostatni mecz tamtych mistrzostw odbywał się na Maracanie, na której było około 200 tysięcy kibiców, którzy wspierali Brazylię w walce o złoto. „Canarinhos” potrzebowali tylko remisu natomiast Urugwaj, jeśli chciał być mistrzem świata musiał to spotkanie wygrać.

Na chłopski rozum można było myśleć, że Brazylia nie może wypuścić złota ze swoich rąk. Grała w końcu na swoim stadionie, a można by rzec kotle wypełnionym po brzegi, w dodatku przed meczem z Urugwajem „Canarinhos” gromili swoich rywali. Jednak 16 lipca 1950 roku wszystko było inne. Urugwaj postawił bardzo trudne warunki Brazylijczykom. Do przerwy wynik meczu brzmiał 0:0. Tuż po przerwie Maracana jednak oszalała z radości. Albino Friaca, wyprowadził Brazylię na prowadzenie. Stadionowe wiwaty trwały jednak tylko do 66. minuty spotkania. Wówczas Alberto Schiaffino posłał piłkę do siatki Brazylijczyków. Nagle na stadionie zapadła cisza, 200 tysięcy kibiców zamilkło. Podbudowani zdobytym golem Urugwajczycy poszli za ciosem i w 79. minucie było już 2:1. Maracana z piekielnego kotła zamieniła się w ścianę płaczu. Brazylijczycy mimo prób doprowadzenia do remisu już tego nie zrobiła i to piłkarze Urugwaju sensacyjnie zostali mistrzami świata.

Moacir Barbosa, czyli ówczesny bramkarz reprezentacji Brazylii do końca swojego życia był obwiniany za puszczone gole w finale MŚ.  W jednym ze swoich ostatnich swoich wywiadów wypowiedział znamienne słowa:

„Maksymalna kara w Brazylii to 30 lat więzienia, ale ja płaciłem za coś, czego nie zrobiłem, przez ponad 50 lat”

Ten cytat tylko pokazuje, ile dla kibiców Brazylii znaczyła tamta porażka. Przegrana Brazylijczyków z Urugwajem w finale MŚ 1950 to jedna z największych sensacji w historii mistrzostw świata w piłce nożnej.

Foto: https://pl.wikipedia.org/


2. miejsce:
Brazylia – Niemcy 1:7, półfinał MŚ 2014

W moim rankingu na miejscu drugim wylądował kolejny szokujący mecz z udziałem reprezentacji Brazylii. Co ciekawe mundial 2014 tak samo, jak mundial 1950 odbywał się w Brazylii. Pięciokrotni mistrzowie świata, zamiast cieszyć się z kolejnego tytułu, płakali po sromotnej porażce, którą sprawili im Niemcy.

Zespół Joachima Loewa był bezwzględny wobec reprezentacji „Canarinhos”. Mimo że obie drużyny grały ofensywnie, to Niemcy cieszyli się ze zdobywania goli. Worek z bramkami rozwiązał w 11. minucie Thomas Mueller. Nikt jednak nie dowierzał co działo się później. Od 23. minuty do 29. minuty Niemcy zaaplikowali swoim rywalom aż 4 bramki. To był koncert gry Niemców i zarazem popis błędów brazylijskiej obrony. Pamiętam, jak oglądałem ten mecz wraz z moim kuzynem i aż wstaliśmy z krzeseł, bo nie mogliśmy uwierzyć w to jaki wynik jest po 30 minutach spotkania. Dodatkowym smaczkiem było to, że swoją szesnastą bramkę w historii występów na mistrzostwach świata zdobył Miroslav Klose, został liderem klasyfikacji wszechczasów i tym samym wyprzedził w tej klasyfikacji Brazylijczyka Ronaldo.

Do końca pierwszej połowy Niemcy oszczędzili już Brazylijczyków, ale awans do finału i tak mieli w kieszeni. Kibice zgromadzeni na stadionie w Belo Horizonte mieli prawo czuć się upokorzeni po tym, co zobaczyli w pierwszej połowie w wykonaniu swoich graczy.

Na drugą połowę Brazylia wyszła bojowo nastawiona, być może wpływ na to miały dwie zmiany przeprowadzone w przerwie meczu przez trenera Scolariego. Bramek to jednak gospodarzom nie dało. Niemcy dali im trochę pograć piłką, a później ponownie zabrali się do strzelania bramek. Dwie bramki odpowiednio w 69. minucie i 79. minucie zdobył rezerwowy Andre Schurrle.

Pod koniec spotkania Brazylia tak jakby na osłodę strzeliła honorową bramkę. Autorem gola był Oscar. Wynik końcowy 1:7 był jednak dla gospodarzy mundialu kompromitujący. I aż nie można się dziwić porównaniom tej porażki z porażką w finale mundialu 1950…

Foto: https://www.dziennikwschodni.pl/


1. miejsce
Liverpool F.C. – AC Milan 3:3, rzuty karne 3:2, finał Ligi Mistrzów 2005

Ten mecz to absolutna wisienka na torcie mojego rankingu. W tym spotkaniu było po prostu wszystko: mnóstwo bramek, dramaturgia, rzuty karne, ale przede wszystkim dla nas Polaków bohaterem meczu został Jerzy Dudek.

Oba zespoły miały wielką ochotę na wygranie Ligi Mistrzów, ponieważ niezbyt dobrze spisywały się w rodzimych ligach. Spotkanie zdecydowanie lepiej zaczął Milan, który już w 1. minucie meczu po trafieniu Paolo Maldiniego wyszedł na prowadzenie. W dalszej części gry mecz był wyrównany, ale parę minut przed przerwą wszystko diametralnie się zmieniło. Milan zadał Liverpoolowi dwa potężne ciosy odpowiednio w 39. i 44. minucie meczu. Obie bramki dla „Rossonerich” strzelił Hernan Crespo. Tym samym wynik spotkania do przerwy brzmiał 0:3. Tradycyjnie wydawało się, że jest już po meczu, że nie będzie emocji, ale nic z tych rzeczy.

W szatni rozmawialiśmy o tym, co zrobić, by uniknąć kompromitacji. Ale kiedy wychodziliśmy na boisko, nasi kibice wstali, zaczęli klaskać i śpiewać „You will never walk alone”. Wstąpiła w nas dodatkowa moc. Poczuliśmy niezwykłą, trudną do opisania siłę. Oni chyba wierzyli bardziej od nas –mówił Jerzy Dudek w rozmowie z Przeglądem Sportowym.

Zmiana obrazu gry po przerwie

Po przerwie Liverpool wrzucił piąty bieg i zaczął odrabiać straty do Milanu. Sygnał do ataku dał w 54. minucie kapitan zespołu Steven Gerrard, który pięknym strzałem głową pokonał Didę. Niebywałe jest to, że sześć minut później było już 3:3. Najpierw Vladimir Smicer płaskim strzałem z dystansu zdobył gola, a później rzut karny po dobitce wykorzystał Xabi Alonso.

Piłkarze Milanu nagle przestali wiedzieć co się dzieje na boisku. W ich szeregach nie można było już dostrzec tylu składnych akcji co w pierwszej połowie. Liverpool jednak też nie potrafił strzelić zwycięskiego gola i tym samym wynik 3:3 utrzymał się do końca drugiej części spotkania i stało się jasne, że piłkarze będą musieli grać dogrywkę.

W dogrywce, w bramce Liverpoolu zaczął szaleć Jurek Dudek. Nasz bramkarz obronił wiele strzałów, a na uwagę zasługuje przede wszystkim obrona strzału Andriya Schevchenki z bliskiej odległości. Angielska drużyna z Dudkiem na pokładzie mimo olbrzymich kłopotów dotrwała do serii rzutów karnych, a w niej bohater był już tylko jeden…

– Najpierw zacząłem wykonywać pajacyki albo semafory, a potem tańczyłem. Kiedy Serginho spudłował, pomyślałem, że to działa. Na uderzenie Pirlo czekałem do końca, wyszedłem chyba dwa albo trzy metry przed linię i kiedy odbiłem piłkę nie spojrzałem na arbitra, bo nakazałby powtórkę, tylko wiwatowałem do kibiców. Przed decydującym karnym „Szewa” dwa razy zmieniał decyzję, gdzie uderzyć, ale ja na niego czekałem. Na ułamek sekundy zawisłem. Poczułem, że jakby jakaś siła trzyma mnie w powietrzu i każe czekać aż doleci piłka i dopiero wtedy upadłem. A potem zobaczyłem pędzących kolegów i pomyślałem, że to już chyba koniec. Fizycznie i psychicznie byłem skrajnie wyczerpany, niewiele do mnie docierało – opowiadał Dudek.

Tym samym Liverpool pokonał w serii rzutów karnych AC Milan 3:2 i to, co po pierwszej połowie wydawało się niemożliwe, znalazło swoje miejsce w rzeczywistości. Zwycięstwo „The Reds” to jeden z największych comebacków w historii piłki nożnej.

Foto: https://sport.onet.pl/

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *