Najlepszy strzelec w historii Chicago Fire przestrzega Lewandowskiego. „To najtrudniejszy element”
Screen - YT/Chicago Fire
Ante Razov był jednym z najbardziej niezawodnych amerykańskich napastników swojego pokolenia i pozostaje najlepszym strzelcem w historii Chicago Fire. Po zakończeniu kariery piłkarskiej zajął się pracą szkoleniową, spędzając ostatnie osiem lat w LAFC. Tu u boku Boba Bradleya współtworzył jeden z najbardziej wyróżniających się projektów w MLS.
Flashscore, partner strony Sportowy Fanatyk, spotkał się z Razovem tuż po tym, jak reprezentacja Stanów Zjednoczonych odpadła z Mistrzostw Świata 2026 po meczu z Belgią, co dla gospodarzy turnieju było bolesnym rozstrzygnięciem. Razov ocenił transfer Roberta Lewandowskiego do jego byłego klubu oraz przyszłość MLS.
Jaka była pana pierwsza reakcja, gdy usłyszał pan, że Robert Lewandowski dołącza do pana Chicago Fire?
Nie jestem pewien, czy to nadal „moje” Chicago Fire; minęło sporo czasu. Słyszeliśmy plotki od miesięcy i to ma sens. Jedną z rzeczy, która czyniła nasz czas w Chicago czymś wyjątkowym, była więź z Polonią. Mieliśmy kilku ważnych polskich zawodników: Nowaka, Podbrożnego, Koseckiego – wybaczcie, jeśli o kimś zapomniałem. Istniała prawdziwa więź z miastem i społecznością, więc teraz to naturalne, by łączyć Lewandowskiego z Chicago.
Próbują przywrócić drużynie status liczącej się w lidze. Powstaje nowy stadion, mają centrum treningowe, a teraz wydaje się, że mają najważniejszy element układanki.
Gdyby Robert poprosił pana o radę przed swoim pierwszym sezonem w MLS, co powiedziałby pan jako pierwsze?
Po pierwsze zapytałbym go: „Dlaczego do diabła pytasz mnie? To ja powinienem pytać ciebie o radę”. Miałem szczęście. Grałem z Georgem Weah, Christo Stoiczkowem, polskimi chłopakami, Lubošem Kubíkiem, Claudio Suárezem – meksykańską legendą.
To podróże zawsze dają się we znaki. Zawodnicy, z którymi pracuję w LAFC – Hugo Lloris, Bouanga, Carlos Vela, Giorgio Chiellini – trudno im sobie wyobrazić lot sześć godzin w jedną stronę, by zagrać w sobotę, potem cztery godziny lotu, by zagrać w środę, a następnie trzy lub cztery godziny powrotu do LA, by zagrać ponownie w weekend. W jednym miejscu może padać śnieg, a w innym panować lato.
To najtrudniejszy element. Podróże są męczące, bo nie śpisz dobrze w hotelach, tylko w samolocie. Ludzie mówią, że narzekamy, ale to nie jest styl życia gwiazd rocka.
Nadal jest pan najlepszym strzelcem w historii klubu. Czy wraz z przyjściem Lewandowskiego pana rekord jest wreszcie poważnie zagrożony?
W tamtych czasach nikt nie strzelał 30 bramek w sezonie. 25 goli było znacznie trudniejszym osiągnięciem. Boiska nie były w najlepszym stanie, a poziom był inny, choć wciąż mieliśmy dobrych graczy. Teraz strzelanie bramek jest znacznie bardziej promowane, i słusznie, ponieważ chcemy oglądać gole i atakujące drużyny.
Mieliśmy okazję oglądać z bliska, jak Carlos Vela strzelił 36 bramek w sezonie. Czy Robert może strzelić 30 goli? Tak, wyobrażam sobie to. Strzelał 30 bramek w Barcelonie. To inny poziom, a jego koledzy z drużyny nie będą tacy sami, ale wyobrażam sobie, że pomoże im ogromnie.
To raczej kwestia adaptacji z miejsca, w którym był, do realiów, jakie go czekają. W tym do gry w gorącym klimacie oraz podróży, a także tego, w jakiej jest dyspozycji fizycznej po przerwie. Przewagą dla niego jest to, że reszta ligi również miała kilka tygodni przerwy. Zobaczymy, jak szybko wróci do pełnej dyspozycji.
Czy Chicago Fire potrzebuje zakupów i sprowadzenia większej liczby graczy wokół Lewandowskiego, by zapewnić mu dogrania?
Nie jestem pewien, czy znasz zasady naszej ligi. Jeśli w domu nie ma co jeść, to i tak nie możesz iść na zakupy, kiedy tylko chcesz. Nie znam ich statusu finansowego ani tego, ile mają miejsca w budżecie płacowym. To nie jest Europa, gdzie możesz po prostu powiedzieć: „nie chcemy cię już”, a potem wypłacić pieniądze i się rozstać.
Taka operacja może zdarzyć się raz w sezonie na jednego zawodnika w każdym zespole. Czy można stworzyć przestrzeń i przeprowadzić przebudowę? To nie są realia naszej ligi. Musisz odrobić znacznie więcej pracy domowej i wierzyć w osobę, w którą inwestujesz, w tzw. wyznaczonych zawodników (DP), bo nie możesz się pomylić.
Mamy trzech dostępnych dla każdego zespołu i dwóch z tej trójki musi być strzałem w dziesiątkę. Muszą być topowi dla swojego zespołu – nie topowi w Europie, ale topowi dla zespołu, do którego trafiają. Jeśli nie trafisz z jednym, wciąż możesz odnieść sukces, ale jeśli spudłujesz z dwoma z trzech, to „no bueno”.
Mają środkowego napastnika, który jest obecnie jednym z najlepszych strzelców w lidze, czyli (Hugo) Cuypersa, więc nie wiem, czy będą grali w ustawieniu 4-4-2. Trener ma wiele możliwości wyboru.
Wracając do pana mistrzowskiego zespołu Chicago Fire z Piotrem Nowakiem i Romanem Koseckim, jak wyglądała szatnia i co znaczył dla pana tamten czas pod wodzą Boba Bradleya?
To był z pewnością najlepszy czas piłkarski w mojej karierze. Pierwsze 3-4 lata z Bobem to była masa nauki. Nasza szatnia była bardzo głośna. Mieliśmy wiele osobowości. Wielu chłopaków z tamtego okresu zostało głównymi trenerami i asystentami w MLS, co jest wyjątkowe. Byłoby interesujące, gdyby ktoś zrobił o tym badania, bo tak wielu graczy z tych drużyn zajęło się trenowaniem. Czy to był wpływ trenera, czy coś innego? Nie potrafię powiedzieć.
Mieliśmy grupę, która była zaangażowana, a treningi były bardzo intensywne. Czasami ta intensywność prowadziła do kłótni i krzyków. Ale gdy tylko wchodziliśmy na boisko w meczach, szybko dawaliśmy lidze do zrozumienia, że jesteśmy bardzo poważni w tym, co chcemy osiągnąć.
MLS wchodzi na nowe poziomy, ale Lewy i Griezmann jej nie rozwiną
Obserwuje pan MLS od samego początku, jako zawodnik, a potem jako trener. Która międzynarodowa supergwiazda zmieniła tę ligę najbardziej: David Beckham, Ibrahimović czy Lionel Messi?
Pierwszą potężną zmianą było przyjście Beckhama do ligi, co przyciągnęło uwagę mediów i opinii publicznej, a on sam był bardzo dobrym graczem. To było pierwsze trzęsienie ziemi w MLS i wszyscy mogą być wdzięczni, że do tego doszło, bo otworzyło to drzwi do przyszłości.
Potem pojawił się Carlos Vela, który trafił w swoim najlepszym wieku – mając 28 lat – do LAFC w 2018 roku i wygrał nagrodę MVP, a także Ibrahimović. Rywalizacja, którą stworzyło LA między LAFC a Galaxy, pchnęła ligę do przodu. To były najważniejsze derby i być może wciąż są.
A teraz widzisz Messiego, co jest zupełnie innym równaniem; moim zdaniem to najlepszy piłkarz wszech czasów. Myślę, że zmieni wszystko i otworzy kolejne drzwi.
Tego lata MLS powitało Lewandowskiego i Antoine’a Griezmanna. Czy to oznacza, że liga osiągnęła kolejny poziom pod względem globalnej reputacji?
Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, bo nie wiem. Wiem natomiast, że ci goście przyjeżdżają już w późniejszym etapie kariery. Nie przyjadą w wieku 26 lat. Carlos był jedynym wyjątkiem.
Dla ich rodzin to zmiana stylu życia. Wielu z tych zawodników może tu spacerować ulicą i nikt im nie przeszkadza. Wyobrażam sobie, że Robert Lewandowski może przejść się ulicą w Manhattan Beach i nikt go nie zaczepi. Kiedy Beckham przybył po raz pierwszy, ludzie zauważali go trochę, ale bardziej interesowali się pójściem na plażę.
Istnieje przekonanie, że mogą kontynuować grę w piłkę i wciąż coś wnieść, łącząc to ze zmianą stylu życia i mniejszą presją. To nie jest liga o takiej intensywności jak Premier League czy włoska Serie A, gdzie po przegranym meczu możesz nie chcieć zabrać rodziny na kolację. Tutaj ta część życia jest dla nich znacznie łatwiejsza.
Piłka nożna rozwija się w Stanach Zjednoczonych niezwykle szybko. Czy MLS może realistycznie stać się tak popularna jak NFL, NBA czy Major League Baseball, czy jest to po prostu niemożliwe?
Piłka nożna rozwijała się cały czas. Każde dziecko gra w piłkę, krajobraz młodzieżowy jest pełny, wszędzie są ligi i kluby piłkarskie.
Niekoniecznie przełożyło się to na wzrost naszej ligi, bo to nie jest tak naprawdę połączone. Ale frekwencja w MLS przekroczyła już frekwencję w koszykówce i hokeju, jak sądzę. Mamy teraz stadiony typowo piłkarskie, nie na 50 czy 60 tysięcy miejsc, ale na 22, 25, 30 tysięcy, co jest świetne, bo są zawsze pełne i są zupełnie nowe. Nasze zaplecze treningowe jest światowej klasy i rywalizuje z najlepszymi na świecie. Jedziesz do takiego miejsca jak Włochy z taką tradycją, a infrastruktura się rozpada.
Czy MLS może kiedykolwiek zasypać przepaść dzielącą ją od koszykówki, baseballu i futbolu amerykańskiego? Rusza się, zbliża. Chcemy, żeby wszystko wydarzyło się dzisiaj, ale pracujesz przeciwko 100-letniej historii. Wszystkie te dyscypliny sportu istnieją od 100 lat, a MLS od 30.
To samo dotyczy reprezentacji narodowej. Przed 1990 rokiem to byli amatorzy, grający w ligach pubowych ze znajomymi. Teraz to poważna sprawa i ludzie słusznie są źli, gdy przegrywamy. Spójrz na Włochy, czterokrotnych mistrzów świata, którzy do czasu następnego turnieju nie zakwalifikują się na mistrzostwa świata przez 16 lat. Presja jest dobra.
Widzę, że MLS może się teraz zmieniać, może nastąpi zmiana komisarza, może zmiany zasad, które pozwolą na jeszcze więcej. Supergwiazdy są świetne, ale potrzebujemy też graczy „pomiędzy”, topowych zawodników, którzy nie muszą być wielkimi nazwiskami, aby nasze zespoły naprawdę wystrzeliły. Naszą największą konkurencją są meksykańskie drużyny w Lidze Mistrzów CONCACAF, to one wygrały około 24 z ostatnich 25 finałów.
Chodzi o to, jak wydawane są pieniądze. Nie można mieć jednego faceta zarabiającego 50 milionów w szatni, a drugiego zarabiającego 150 tysięcy, który zastanawia się, czy stać go na kolację w restauracji, i oczekiwać rywalizacji na najwyższym poziomie.
Mamy wszystko: stadiony, centra treningowe, 30 zespołów. Musimy tylko znaleźć odpowiedni przepis, ponieważ Messi odejdzie, nie może grać wiecznie. Robert tu jest, ale też nie będzie grał wiecznie, może dwa lata. Jaki jest następny krok dla naszej ligi? Nie sądzę, by samo kupowanie 37- i 38-letnich legend było właściwym przepisem.
Publikacja fragmentów wywiadu jest możliwa dzięki uprzejmości strony Flashscore, gdzie znajdziecie wyniki sportowe.
Całość rozmowy można przeczytać TUTAJ.