Weekend w Willingen był stworzony dla koneserów. Krótkofalówki jury poszły w ruch

Cóż to był za weekend ze skokami narciarskimi. Jak o nim myślę, to cały czas na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Całkiem sporo się działo. Mam wrażenie, że koneserzy skoków nie byli zawiedzeni. Do tego doszły jeszcze świetne wyniki Polaków, choć równie dobrze w tych wietrznych loteriach mogli przepaść.

W Willingen tradycyjnie już organizatorzy kombinowali, jak urozmaicić rywalizację skoczków. W poprzednich sezonach rozgrywano mini turniej pod nazwą Willingen Five, a w tym roku było Willingen Six. Problem w tym, że pewne liczby mogą się nie zgadzać. Rok temu zwycięzcę mini cyklu wyłoniły trzy skoki, a w tym roku cztery. Czyli co nagle będziemy mieć Willingen Three i Willingen Four? No tak nie będzie, ale najważniejsze, że kasa się zgadza i to, że zwycięzcy otrzymują zasłużone wypłaty.

Trochę takie sytuacje pokazują kuriozalność tego pięknego sportu. Na tym jednak uroki Willingen się nie kończą. Trzeba bowiem podkreślić, że przyczyną kłopotów z rozgrywaniem zawodów na legendarnej skoczni w poprzednich latach, jest pogoda. Wieje za mocno albo pada za mocno. Ktoś może powiedzieć: „Panie i co z tego? Przecież oni skaczą w Niemczech, to zawody muszą dojść do skutku”.

Niestety nie do końca tak jest i to z powodu opieszałości FIS-u. Spójrzmy na pewien przykład oparty na faktach. Pewien pam ze światowej federacji przyjeżdżają do Polski i mówi:

– Jeśli chcecie mieć u siebie skoki na najwyższym poziomie, to musicie zrobić kilka rzeczy. Trzeba przede wszystkim zamontować siatki przeciwwiatrowe i tory lodowe.

Na co szef Polaków odpowiada:
– No problem my friend, no problem, my to zrobim i będzie wszystko cacy.

Nasi działacze dostosowali się do wytycznych FIS-u. Pokornie zrobili wszystko, co ci nakazali. Do Willingen chyba jednak takie wytyczne nie dotarły. Brak wiatrołapów i lodowych torów najazdowych to w tej chwili dla świata skoków narciarskich średniowiecze. Tak się zastanawiam, że może Niemcy pół ukradkiem odeszli ze światowej federacji narciarskiej i nie są w niej zrzeszeni? Tak po prostu sobie nasi zachodni sąsiedzi nie muszą wydawać kasy na nowinki techniczne na skoczni. Oby do czasu…
Ktoś bowiem musi wreszcie postraszyć organizatorów konkursów w Willingen.

Zaraz gotuje mi się woda w czajniku, więc przechodzę do rywalizacji sportowej na Muehlenkopfschanze. Piąteczek przyniósł nam kapitalne loty i wygrane kwalifikacje przez Andrzeja Stękałe. 25-latek poleciał na odległość 152 metrów, ale jeszcze większe show zrobił Klemens Murańka, który wylądował metr dalej i tym samym został rekordzistą obiektu. Piątek przyniósł wiele dalekich lotów, gdyby brać pod uwagę również treningi. Koneserzy mieli czym się zachwycać.

Sobota upłynęła u mnie pod znakiem urodzin mojej bratanicy. Jednym okiem patrzyłem na kawałek torta, który jadłem, a jednym okiem na konkurs w Willingen. Delektowałem się jednym i drugim. Tortem dlatego, że był wypchany owocami, które bardzo lubię, a konkursem z powodu świetnej postawy Kamila Stocha i powrotu Simona Ammanna do przyzwoitej formy. No któż by się spodziewał!

Niewiele rzeczy mnie tak cieszy, jak powrót Simiego do czołówki

Kilka dalekich lotów było. Stoch skończył na najniższym stopniu podium. Lepsi byli tylko Halvor Egner Granerud oraz Daniel Andre Tande. Tego pierwszego określiłbym jako norweskiego Kobayashiego. Ryoyu swego czasu też wszystkich tłukł na kwaśne jabłko, ale… na mistrzostwach świata w konkursach indywidualnych nie zdobył medalu. Niby nikomu źle nie życzę, ale może medale mistrzostw świata niech zgarnie ktoś inny niż charyzmatyczny Norweg?

Dobra rozgaduję się coraz bardziej, a tu trzeba przejść do niedzieli, gdy kogutowi łeb ucięli. Właściwie to wiatr, który ciął niejednego narciarskiego koguta. Tutaj dopiero można było się delektować. Kwalifikacje odwołano. Konkurs natomiast został zakończony po jednej serii, która trwała prawie dwie godziny. Myślałem przez pewien czas, że mam deja vu sprzed kilku sezonów z Kuusamo. Wielu zawodników tak jak podkreśliłem powyżej zostało wyciętych i tyle ich widziano. Zawody przedłużano, a zawodnicy oczekując na swoje próby, przykrywali się kocami, tak jakby właśnie mieli oglądać ze swoimi żonami  komedię romantyczną przed telewizorem.

Jednak trzeba przyznać, że największemu kogutowi i zarazem kozakowi, loteria wietrzna nie przeszkadzała. Halvor Egner Granerud sięgnął po kolejną wygraną.  Za nim kolejno: Piotr Żyła, Markus Eisenbichler i Klemens Murańka. Granerud zarazem wygrał mini-turniej pod nazwą Willingen Four, Five lub Six. Jak zwał tak zwał.

 To był kolejny wbrew pozorom świetny występ naszych skoczków.  Warto było grzać w mikrofali kotleta w oczekiwaniu na skok Mackenziego Boyd-Clowesa, by potem najedzonym cieszyć się ze skoków naszych zawodników. No dobra może poza Kamilem Stochem, który w niedzielę chyba zamienił się z kimś innym.

Nasz legendarny zawodnik, zajął 27. miejsce. Był jednym ze skoczków, który mógł zaśpiewać fragment piosenki Zenka Martyniuka pt. „Przekorny los”:
„Los chce ze mną grać w pokera, raz mi daje, raz zabiera”.

W czasie jedynej niedzielnej serii często na łączach byli Sandro Pertile oraz Borek Sedlak. Szef Pucharu Świata i „Pan od zielonego światła” dyskutowali nad możliwymi scenariuszami rozegrania konkursu. Po jakimś czasie panowie w końcu odkryli Amerykę i powiedzieli, że nie będzie drugiej serii. Byłem wtedy tak zaskoczony, jakbym co najmniej trafił szóstkę w Lotto.

Cały ten weekend w Willingen po prostu był jak losowanie lotto. Całe szczęście niedzielne oczekiwanie na kolejne skoki zawodników umilało wesołe towarzystwo panów komentatorów z Eurosportu, które zgodnie stwierdziło:
– W zeszłych latach mogliśmy często oglądać Waltera Hofera i jego krótkofalówki, których miał tyle, jakby się na Stadion Dziesięciolecia wybierał, żeby nimi pohandlować.

Walter Hofer i jego krótkofalówki

Było to nawiązanie oczywiście do częstych łączeń Sedlaka i Pertile. Krótkofalówki poszły w ruch. Ja natomiast mam nadzieję, że w ruch pójdzie także prośba FIS-u o zamontowanie wiatrołapów na obiekcie w Willingen. No dobra o lodowych torach najazdowych także należy wspomnieć. W następnych sezonach chcę oglądać krótsze zawody, bo widocznie nie jestem typowym koneserem. Jednocześnie pragnę, aby Klemens Murańka był w kolejnych konkursach Pucharu Świata takim kocurem jak w Willingen. Niech się nam ten wieczny młody talent rozbryka na dobre!

Czytaj także:
Zapomniane miejsca na mapie Pucharu Świata w skokach narciarskich

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *