Żużel

Z cyklu legendy speedway’a: Alfred Smoczyk

Alfred Smoczyk to jeden z pierwszych legendarnych żużlowców wywodzących się z Polski. „Czarny sport” z powodu przedwczesnej śmierci uprawiał krótko. Swoją wspaniałą jazdą zasługuje jednak na to, aby stawiać go w gronie najlepszych polskich żużlowców w historii tej dyscypliny sportu. Czas przyjrzeć się sylwetce „Freda” przy pomocy wspaniałej książki pt. „ Pół wieku Memoriału Alfreda Smoczyka” i kilku innych źródeł.

Alfred Smoczyk urodził się 11 października 1928 roku w Kościanie. Parę lat później rodzina Smoczyków przeniosła się do Leszna. Po II wojnie światowej Alfred Smoczyk rozpoczął naukę w zawodzie ślusarskim, który był wpisany w rodzinną historię. Ukończył szkołę, zdając egzamin czeladniczy.


Wstąpienie do żużlowej społeczności

W 1946 roku po przymusowej przerwie wymuszonej przez II wojnę światową zaczął się odradzać Leszczyński Klub Motorowy. Jeden z założycieli klubu – Leon Fabiańczyk namówił Alfreda Smoczyka do spróbowania swoich sił jako żużlowiec. Jak się później okazało, był to strzał w dziesiątkę.

Alfred Smoczyk od samego początku wykazywał olbrzymi talent. W pierwszych powojennych zawodach w Lesznie walczył z innymi jak równy z równym. Warto tutaj dodać, że Smoczyk dysponował maszyną o mniejszej pojemności niż pozostali zawodnicy. „Fred” jeździł na motocyklu o pojemności 200 cm3, a rywale mieli do dyspozycji np. „500”.

Pierwsze znaczące sukcesy

W 1947 roku miały miejsce pierwsze powojenne mistrzostwa Polski, które były rozgrywane z podziałem na klasy. Alfred Smoczyk wśród motocykli o pojemności do 250 cm3 zajął 2. miejsce. W dalszej części sezonu startował w jeszcze paru zawodach i większość z nich wygrał. Najbardziej wartościowym zwycięstwem było wygranie turnieju o „Błękitną Wstęgę Astry” w Krotoszynie.

W roku 1948 odbyły się pierwsze rozgrywki ligowe w Polsce. LKM Unia Leszno miała m.in. dwóch świetnie dysponowanych zawodników: Józefa Olejniczaka i oczywiście Alfreda Smoczyka.

Ostatecznie Unia Leszno zajęła w lidze 2. Pozycję ustępując zespołowi PKM Warszawa. Najlepsze dla „Freda” jednak dopiero nadchodziło. Młody zawodnik wygrywał takie turnieje jak: „Błękitna Wstęga Odry” we Wrocławiu, czy turniej z okazji dziesięciolecia Unii Leszno. Punktem kulminacyjnym sezonu był mecz międzypaństwowy pomiędzy Polską a Czechosłowacją w Warszawie, który odbył się 26 września 1948 roku. Polska wystąpiła w składzie: Alfred Smoczyk, Ludwik Draga, Jerzy Jankowski, Tadeusz Kołeczek, Jan Krakowiak, Jan Siekalski, Jan Wąsikowski, Edward Wrocławski. Czechosłowacja była wówczas silną drużyną. Mecz był niezwykle wyrównany, ale lepsi okazali się nasi reprezentanci, wygrywając 75:73.

Czechosłowacy nie byli w stanie nawiązać walki ze Smoczykiem, który pędził na swoim motocyklu jak błyskawica. „Fred” zdołał nawet ustanowić rekord toru. Pięć startów i pięć zwycięstw – tak brzmiał bilans Smoczyka w tamtym meczu.


Rok 1949 – rok jednego dominatora

Alfred Smoczyk w 1949 roku jako zaledwie 21-letni żużlowiec wygrywał dosłownie wszystko. Warto tutaj zacząć wspomnienia od zawodów w Holandii. Obecnie Holandia w klasycznym żużlu nie znaczy zbyt wiele, ale wówczas była potęgą. Potwierdza to fakt, że w holenderskich klubach jeździli angielscy żużlowcy.

Podczas meczu Holandia – Polska w Rijswijku Alfred Smoczyk efektownie wygrywał swoje wyścigi. Kibice niedowierzali własnym oczom, a spiker nie umiał nawet poprawnie wymówić nazwiska naszego zawodnika wymawiając je: „Smoczik”. Pozostali Polacy też zachwycili publiczność i w związku z tym po całej Holandii rozeszła się wieść o wyczynach naszych żużlowców. Następnego dnia odbył się kolejny mecz, ale tym razem w Rotterdamie.

W drugim spotkaniu Smoczyk był niepokonany. Holenderscy kibice piali z zachwytu i podziwu dla „Freda”, gdy ten pozostawił w pokonanym polu ówczesnego mistrza Holandii – zawodnika o nazwisku Metzelaar. Widzowie zaczęli na tor sypać kwiaty. Po chwili Maller ( tak nazywano Metzelaara) usiadł za Smoczykiem na jego maszynie. Kibice zaczęli reagować w stronę Smoczyka jeszcze bardziej niż wcześniej, a Maller zdawał się doceniać klasę zwycięzcy. Publiczność skandowała: „Smoczik-Smoczik-Smoczik”.

Holenderskie kluby zaczęły bić się o Alfreda Smoczyka, prześcigając się w oferowaniu mu coraz lepszych ofert. „Fred” miał zarabiać dość sporo pieniędzy za jazdę jak na tamte czasy. Młody zawodnik jednak stanowczo odmawiał włodarzom holenderskich klubów. Przy jeździe w lidze holenderskiej musiałby tam zamieszkać i jednocześnie opuścić Unię Leszno, na co nie chciał sobie pozwolić.

źródło: Twitter Unii Leszno

Powrót do domu i przygotowania do kolejnego meczu…

Po powrocie z Holandii opromieniony swoimi sukcesami Smoczyk nie zatrzymywał się i wygrywał w cuglach turnieje na krajowych torach. Były to turnieje czasem ważne, czasem mniej ważne, ale to, w jaki sposób Smoczyk je wygrywał, musi budzić respekt. Wrocław, Warszawa, Bytom, Rybnik, Poznań – to tylko niektóre miasta, w których Smoczyk nie dawał szans rywalom. Od czasu do czasu bił rekordy torów, jeszcze bardziej podkreślając swoją dominację.

Pod koniec sierpnia 1949 roku do Warszawy przyjechał jeden z najlepszych żużlowców – Szwed Rugnar Friberg. Kierował on przygotowaniami Polaków do kolejnego spotkania z reprezentacją Holandii. Friberg zwracał naszym żużlowcom szczególną uwagę na technikę jazdy oraz jazdę parą. Można o tym przeczytać w książce Andrzeja Martynika pt. „Czarny Sport”.

– Jeśli dwaj jeźdźcy z tej samej drużyny wysuną się na czoło, muszą utrzymywać ze sobą łączność, aby blokować przeciwnika w wypadku, gdyby chciał ich minąć. Powinni wyczuwać skąd grozi niebezpieczeństwo i natychmiast reagować odpowiednim manewrem. Błędem jest wyskakiwanie do przodu jednego z prowadzącej dwójki. Wówczas przeciwnik walczy nie z dwoma, lecz z jednym – mówił do zawodników podczas zgrupowania – Rugnar Friberg.

Przed meczem zorganizowano specjalny trening, który wyłonił skład reprezentacji na mecz z Holendrami. Jedynym zawodnikiem, który został zwolniony z treningu, był Alfred Smoczyk. On był wówczas krok przed resztą drużyny i w treningach nie musiał nikomu nic udowadniać.

Dzień prawdy

Kolejny z kolei mecz z Holandią odbył się 9 października 1949 roku na stadionie Skry Warszawa. Kibice licznie stawili się na zawodach, wypełniając trybuny stadionu po brzegi. Jednym z powodów, dlaczego kibice tak tłumnie zjawili się na stadionie, była oczywiście osoba Alfreda Smoczyka. Każdy chciał zobaczyć na żywo tego utalentowanego żużlowca.

Kibice nie zawiedli się na Smoczyku. Ten po raz kolejny był nie do ugryzienia, już w pierwszym wyścigu pokonał najgroźniejszego rywala – Metzelaara. W następnych biegach Smoczyk nie dość, że był szybki, to jeszcze potrafił genialnie jeździć parą. Zwracały na to uwagę nawet ogólnopolskie gazety relacjonujące mecz.

Obserwatorom zapadł w pamięci w szczególności ostatni wyścig dnia, w którym Smoczyk jechał w parze z najmniej doświadczonym 19-letnim Januszem Sucheckim. Obaj Panowie wyszli bardzo dobrze ze startu, ale Smoczyk zamknął gaz i przepuścił Sucheckiego do przodu. Za Smoczykiem szaleli Holendrowie, ale nie mogli wyprzedzić asa z Polski. Smoczyk kontrolował sytuację, a Suchecki w spokoju jechał na prowadzeniu. Ostatecznie Suchecki i Smoczyk dojechali na metę, wygrywając podwójnie, a z trybuny zgotowały im owację na stojąco. Polska pokonała Holandię 82:64, a Alfred Smoczyk wywalczył aż 19 punktów.

Piorunująca końcówka sezonu

Alfred Smoczyk krok po kroku dokładał do swojej kolekcji kolejne sukcesy. Najpierw sięgnął po Drużynowe Mistrzostwo Polski w barwach LKM Unii Leszno. Osiągnął przy tym średnią biegopunktową na poziomie 3,00 pkt/bieg. Jak zatem łatwo przypuszczać wygrał wszystkie wyścigi, w których brał udział. Wtedy jednak rozgrywki drużynowe wyglądały zupełnie inaczej niż teraz. W 1949 roku w wyścigu brało udział trzech żużlowców, a w danych zawodach jeden żużlowiec mógł pojechać tylko trzy razy.

Kolejnym popisem umiejętności Smoczyka był finał Indywidualnych Mistrzostw Polski w Lesznie. Pierwszy raz w historii rywalizowano bez podziału na klasy pojemnościowe. Smoczyk wygrał tamte zawody z kompletem punktów, a leszczyńska widownia wiwatowała na cześć Smoczyka. Zgromadzeni kibice na stadionie nie tylko pochodzili z Leszna. Za Smoczykiem na stadion zjechały się bowiem tłumy fanów z całej Polski. Zresztą tak było na każdym stadionie, gdzie rywalizował Smoczyk. Wówczas ludzie nie mieli dostępu do telewizorów i jedyną okazją do zobaczenia geniusza żużla na żywo, było pojechanie na dany stadion.

Przejście do CWKS-u Warszawa

W 1950 roku Alfred Smoczyk był zmuszony opuścić ukochaną Unię Leszno. „Fred” otrzymał powołanie do wojska i czasowo musiał przenieść się z Leszna do Warszawy. Tym samym rozpoczął starty w klubie CWKS Warszawa. Zmiana klubu nie odbiła się na jego dyspozycji. Dalej wygrywał z rywalami bez problemu, przychodziło mu to po prostu łatwo. Z powodu braku spotkań międzynarodowych nie miał okazji skonfrontować swoich umiejętności z żużlowcami z zagranicy.

17 września Alfred Smoczyk zwyciężył w wyścigach o „Srebrny Łańcuch” w Ostrowie. Zawody zakończył w swoim stylu z ustanowionym nowym rekordem toru. Niestety była to ostatnia impreza żużlowa, w której brał udział Alfred Smoczyk…

Feralny dzień

26 września 1950 roku to czarna data w historii leszczyńskiego, jak i polskiego żużla. Warto tutaj sięgnąć do książki pt. „Czarny Sport”:

„Wieczór 26 września 1950 roku. Szosą Gostyń-Leszno, pustej o tej porze, mknie czerwona Jawa. Pęd łzawi oczy kierowcy, rozwiewa włosy, targa ubraniem. Dwie sylwetki niżej pochylają się do przodu. Prędzej! 100,110 kilometrów na godzinę! Przyjemnie tak pędzić z wiatrem w zawody. Alfred lubi szybkość, upaja się z nią, zna swoje umiejętności, panuje nad maszyną… Na piersi, twarzy, coraz silniejszy opór powietrza. Wzrasta z kwadratem szybkości – przemyka mu przez myśl. Ruch dłoni. Jeszcze szybciej! Nacisk powietrza staje się coraz mocniejszy, potęguje szum w uszach. 120 kilometrów na godzinę. Maksymalna prędkość Jawy. Szybciej już nie można… Las Kąkolewski. Jeszcze trzynaście kilometrów i Leszno. Za siedem minut będą w domu…

– Alfred! Wolniej! Po co tak pędzić – słowa kolegi ulatują z wiatrem. Usłyszał?… Zachodzące słońce kładzie nienaturalnie długie cienie na asfalcie. Zaraz długi łuk w prawo. Zna go doskonale, jak każdy metr okolicznych szos. Potem przejazd przez tory i już prawie będą w domu… Pochyla maszynę w prawo. Jakoś nienaturalnie ciężka, oporna. Mocniej, szybciej!… Połowa zakrętu. Siła odśrodkowa znosi na zewnątrz. Błyskawicznie zbliża się pobocze… inny grunt, inna przyczepność… Jeszcze wierzy, stara się opanować motocykl. Na moment wyrównuje. Drzewo! Ominąć! Kontra kierownicą. Zdąży? Trzask gniecionego żelaza, głuche uderzenie o pień…
Tak zginął pierwszy rycerz czarnego toru…”

Wiadomość o śmierci Smoczyka szybko rozniosła się na całą Polskę. Nikt nie mógł w to uwierzyć. Do leszczyńskiego klubu napływały setki żałobnych telegramów z kondolencjami. Wszyscy byli w rozpaczy…

źródło: Historia Unii Leszno

Pogrzeb Alfreda Smoczyka odbył się 30 września 1950 roku. Wielu kibiców żegnało „Freda”. Kondukt żałobny był prowadzony przez ulice Leszna.

Upamiętnienie mistrza

Wkrótce w Lesznie zaczął być budowany nowy stadion i został nazwany imieniem Alfreda Smoczyka. Od 1951 roku corocznie jest rozgrywany memoriał im. Alfreda Smoczyka. Jeśli uda się w tym roku przeprowadzić memoriał, to będzie to już 70. edycja…

Wielu po śmierci „Freda” zadawało sobie pytanie dlaczego doszło do wypadku; ile by osiągnął, gdyby nie wypadek. Zginął przecież w wieku zaledwie 22 lat, a mimo wszystko zdążył zawładnąć sercami kibiców. Teraz na nic zdadzą się dywagacje. Niewątpliwie jednak był wielkim zawodnikiem i wyprzedzał swoje czasy…
Cześć jego pamięci!

Źródła artykułu:
1) Książka pt. ” Pół wieku memoriału Alfreda Smoczyka”, autorzy: Wiesław Dobruszek i Adam Podsiadły
2) Książka pt. „Czarny Sport”, autor: Andrzej Martynkin
3) strona internetowa – Speedway w Polsce

Inne teksty z cyklu legendy speedway’a:
1) Tony Rickardsson
2) Leigh Adams
3) Ronnie Moore

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *