Piłka nożna

Mundial 1978: Mieli największą pakę w historii, a wrócili bez medalu

Reprezentacja Polski jechała w 1978 roku na mundial do Argentyny jako jeden z faworytów do końcowego zwycięstwa. Do silnej ekipy z czasów Kazimierza Górskiego dołączyła plejada młodych gwiazd. Co zatem poszło w złą stronę?

Nastroje w kadrze były bojowe. Kibice i piłkarze marzyli o czymś więcej niż powtórzenie 3. miejsca z 1974 roku. Trener Jacek Gmoch zapewniał przed turniejem, że jego podopieczni będą świetnie przygotowani do zmagań na argentyńskich boiskach. Gmoch podchodził wówczas nowocześnie do piłki nożnej. Tworzył tzw. bank informacji o rywalach. Na mecz towarzyski RFN z Brazylią, który miał miejsce przed turniejem, wysłał kilkunastu obserwatorów. Każdy z nich był przyporządkowany do danego piłkarza.

 Historia jednak pokazuje, że teoria nie zawsze chodzi w parze z praktyką. Przygotowanie taktyczne nie zawsze gwarantuje sukcesy. Warto w tym miejscu przypomnieć, że selekcjoner na mistrzostwach świata miał do dyspozycji m.in. takich asów jak: Kazimierz Deyna, Grzegorz Lato, Włodzimierz Lubański, Jan Tomaszewski, Zbigniew Boniek, Adam Nawałka, Andrzej Iwan.

Pierwsza faza grupowa bez fajerwerków

 Już inauguracyjne spotkanie miało pokazać rzeczywistą siłę biało-czerwonych. Polska bowiem mierzyła się z reprezentacją RFN, odwiecznym rywalem i nacją ówcześnie panującą w światowym futbolu. Mecz, który oglądało ponad 67 tysięcy widzów, nie zachwycił. Padł remis 0:0. Polska zagrała bardzo defensywnie, zupełnie wykorzystując potencjału w ataku. To spotkanie było niczym partia szachów.

Teoretycznie najtrudniejsze starcie Polacy mieli już za sobą. Po meczu z RFN wszystko miało iść z górki. Drugie grupowe spotkanie z Tunezją również nie zachwyciło. Nasi reprezentanci wygrali 1:0 po golu Grzegorza Lato. Piłkarze z Afryki od początku rozgrywek prezentowali się solidnie, ale nikt w Polsce nie oczekiwał, że mogą zagrozić podopiecznym Jacka Gmocha. Wynik jednak do końca był na styku i niesmak znów pozostał. W grze biało-czerwonych na plus można było zaliczyć głównie grę w obronie. Ta wyglądała bardzo dobrze, co sprawiło, że drugi mecz z rzędu zakończyliśmy bez straty gola.

Pierwszą fazę grupową kończyło starcie z Meksykiem, teoretycznie najsłabszym rywalem. Jacek Gmoch konsekwentnie stawiał na tych samych zawodników. Polacy szybko przejęli inicjatywę i pewnie wygrali 3:1. Mankamenty jednak dalej były. Otrzymaliśmy sygnał ostrzegawczy w postaci straconej bramki, a z Meksykiem nie powinno to mieć miejsca. W tym samym czasie RFN toczyło bój z Tunezją, który zakończył się bezbramkowym remisem. Tym samym Polska wygrała grupę, ale jak się później okazało, w następnej fazie turnieju to wcale nie pomogło. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że drużyna RFN zagrała taktycznie, by w drugiej fazie turnieju nie trafić na zespoły z Ameryki Południowej.

Foto: PAP/ źródło: Polskie Radio – Polacy podczas meczu z RFN

Osamotnieni w starciu z hegemonami

W drugiej fazie grupowej RFN trafiło na drużyny europejskie, a Polsce przyszło mierzyć się z piłkarskimi gigantami z Ameryki Południowej. Podopiecznych Jacka Gmocha czekały starcia z Argentyną, Peru i Brazylią. Przed meczem z gospodarzem mundialu stało się coś nieoczekiwanego.

– Jacek Gmoch zwariował. Rozwalił cały skład. Są pewne kanony w piłce, na przykład taki, że nie zmienia się składu, który się scementował, zaczął wygrywać – powiedział kilka lat temu Grzegorz Lato w rozmowie z Romanem Kołtoniem dla Polsatu Sport.

– Po ciężkim meczu z Niemcami wygrywamy 1:0 z Tunezją oraz 3:1 z Meksykiem. I nagle przed meczem z Argentyną Jacek Gmoch w tej swojej głowie wymyślił sobie, że Argentyńczycy będą grali dołem. Jurka Gorgonia wysłał na trybuny, Heńka Kasperczaka wycofał do obrony obok Władka Żmudy. Takich rzeczy robić nie wolno! – dodał poirytowany Lato.

Polacy w efekcie totalnie się pogubili. Już pierwsza wrzutka na głowę argentyńskiego napastnika, Mario Kempesa, zakończyła się bramką. W ataku jednak gra nie wyglądała źle. Chwilami to Polacy mocno dominowali. W 38. minucie spotkania Grzegorz Lato popisał się świetnym strzałem głową. Jednak piłkę zmierzającą do siatki, ręką zatrzymał… Kempes. Argentyńczyk nie otrzymał nawet żółtej kartki. Polacy otrzymali rzut karny i tutaj rozegrał się dramat Kazimierza Deyny, który strzelił w środek bramki, lecz bramkarz wyczuł jego intencje i pewnie złapał piłkę. Legenda głosi, że karnego chciał strzelać Zbigniew Boniek, lecz Deyna uparł się, że to on wykona „jedenastkę”.

Kazimierz Deyna zawodził w reprezentacji Polski bardzo rzadko

 Druga połowa mimo solidnej gry nie przyniosła naszym reprezentantom oczekiwanych rezultatów. Ponadto Mario Kempes znów umieścił piłkę w siatce i ostatecznie Argentyna wygrała 2:0. Grzegorz Lato, grający wówczas w podstawowym składzie nie rozumiał działań taktycznych selekcjonera naszej reprezentacji.

– Nie wiem, co mu odbiło, że w drugiej połowie, kiedy przegrywamy, wpuszcza nam Włodka Mazura. Ma na ławce Włodka Lubańskiego, jednego z najlepszych napastników w Europie, a wpuszcza świętej pamięci Włodka Mazura, którego bardzo lubiłem, ale… No to są podstawowe błędy trenerskie. Nie zawodników, ale trenera, który zamiast nas wzmocnić, to nas jeszcze osłabił – powiedział Lato.

Przed spotkaniem z gospodarzem mundialu w szatni biało-czerwonych trwała dyskusja o pieniądzach. Piłkarze chcieli otrzymywać wyższe wynagrodzenie za swoją grę. Głównie w sprawach finansowych głos zabierali doświadczeni gracze. Wokół meczu z Argentyną urosło także przez lata wiele teorii spiskowych, które równocześnie mogą być prawdziwe. Zbigniew Boniek niegdyś stwierdził, że niezależnie jak Polska by grała, to w starciu z Argentyną i tak nie miałaby szans. Argentyna była wówczas rządzona przez wojskową juntę, która potrzebowała propagandowego sukcesu jak tlenu.

– Uważam, że z przebiegu gry zasłużyliśmy co najmniej na remis. Los nam jednak nie sprzyjał. W kluczowych momentach brakowało nam szczęścia i dlatego przegraliśmy – powiedział po meczu Adam Nawałka.

Mecz z Argentyną ustawił dalszą rywalizację w grupie A. Awans do finału był praktycznie nierealny (do finału wchodził tylko zwycięzca grupy – przyp. red.). Naszym reprezentantom pozostała walka o drugą pozycję i równoczesne uzyskanie uprawnień do gry w meczu o 3. miejsce. Na mecz z Peru selekcjoner znów namieszał w składzie. „Ukarał” Kasperczaka i posadził go na ławce rezerwowych. Gmoch pogodził się z Gorgoniem i ten wrócił na środek obrony.

Z Peru jednak ponownie zagraliśmy słabo, bez polotu i finezji, Ponowne korekty w składzie na niewiele się zdały. W najważniejszym momencie jednak Andrzej Szarmach znalazł drogę do bramki rywali. To był jedyny gol w tamtym spotkaniu, w efekcie czego nasi piłkarze wygrali 1:0 i przedłużyli nadzieję na wywalczenie drugiego miejsca w grupie. W ostatnim spotkaniu trzeba było jednak pokonać Brazylię, a przy stylu gry Polaków wydawało się to bardzo trudnym zadaniem.

Przed starciem z Canarinhos Jacek Gmoch długo kombinował, w jaki taktyczny sposób może zaskoczyć rywali. Dyskutował o tym nawet z naszym bramkarzem Janem Tomaszewskim, o czym ten wspomniał w swojej książce pt. „Kulisy reprezentacyjnej piłki”:

„Ty, ty! Posłuchaj mnie trochę. Co byś powiedział, gdybyśmy z Brazylią zagrali systemem 1-3-5-2? – O co panu chodzi, trenerze? – No bo zobacz… Główna siła Brazylijczyków leży w linii pomocy. Ich zespół gra w wyjściowym ustawieniu 1-4-4-2. Dzięki swojej znakomitej technice potrafią opanować i zdobyć przewagę w środkowej strefie boiska, zaś dwójka napastników czeka tylko na podania i często z dziecinną łatwością zamienia je na gole – argumentował logicznie. […] Według mnie, była to fenomenalna koncepcja: tylko wyjść na boisko i (z pewnym ryzykiem) grać o zwycięstwo. Remis nas przecież nie urządzał. […] Już po chwili spotkaliśmy się wszyscy w sali odpraw przedmeczowych. Selekcjoner wyciągnął tablicę i zaczął rysować plan taktyczny przed czekającą nas potyczką. O mało nie spadłem z krzesła, gdy zobaczyłem, że wyjściowym ustawieniem naszej drużyny miał być system… 1-4-4-2.”

Tym samym systemem Polacy grali w meczu z Peru, gdzie gra kompletnie się nie kleiła. Głównym grzechem naszej reprezentacji była słaba skuteczność oraz powolna gra. Akcje często nie były tworzone w sposób kombinacyjny. Gmoch właśnie po spotkaniu z Peru zapowiadał, że trzeba się wziąć w garść i rozwiązać worek z bramkami. Należało wprowadzić równowagę między działaniami destrukcyjnymi i konstrukcyjnymi. Gole mogły być sprokurowane przez zmianę taktyki, którą trener chciał wprowadzić. Gdy jednak miało do tego dojść, kompletnie zabrakło mu odwagi.

Nadszedł wyczekiwany mecz z Brazylią. O ile pierwsza połowa wyglądała nieźle. To w drugiej Polacy zostali stłamszeni. Piłkarze Canarinhos ostrzeliwali bramkę Zygmunta Kukli. W końcu Roberto w ciągu sześciu minut załatwił sprawę spotkania. Ze stanu 1:1 zrobiło się 1:3. Polska rzecz jasna nie była w stanie odrobić strat. Jedyną bramkę dla naszego zespołu zdobył Grzegorz Lato.

Mundial 1978 – Atmosfera po mistrzostwach

Po meczu w polskiej szatni panowała fatalna atmosfera. Zawodnicy zachowywali grobową ciszę, a trener Jacek Gmoch uderzał głową w szafkę. Był to niejako symbol polskiej gry na mundialu w Argentynie. Polacy bowiem w wielu momentach walili głową w mur.

– Nie do końca chyba wewnątrz drużyny wszystko funkcjonowało tak, jak powinno. Ja jako ten najmłodszy nie specjalnie interesowałem się tym wszystkim, jeśli chodzi o atmosferę i sprawy finansowe. A jakieś niejasności na pewno były. Nie pomogło też mieszanie trenera Gmocha w składzie. Ta drużyna powinna skończyć na podium, było ją na to stać – powiedział Andrzej Iwan dla Polskiego Radia.

Piłkarze byli przeciwni wobec niektórych dezycji trenera Jacka Gmocha

Polacy zakończyli rywalizację w grupie 2 na 3. miejscu. Tym samym w klasyfikacji końcowej mundialu naszych piłkarzy sklasyfikowano na pozycjach 5-6. Do dziś mogą dziwić decyzje personalne trenera Gmocha. Można się zastanawiać, dlaczego selekcjoner nie desygnował do podstawowego składu w linii ataku zarówno Bońka, jak i Lubańskiego. Teoretycznie wydawało się to najlepszym rozwiązaniem. Domagał się tego nawet Grzegorz Lato.

Gmoch skupił się za bardzo na działaniach obronnych. Nie potrafił swojego nastawienia zmienić w trakcie turnieju. Kibicom żal było patrzeć, gdy na ławce rezerwowych siedział taki zawodnik jak Włodzimierz Lubański.

W kraju po występie Polaków panowało wielkie rozczarowanie. Najprawdopodobniej najsilniejszy skład Polski w historii mistrzostw świata wrócił bez medalu. Jeszcze przed wylotem do Argentyny trzech wybitnych piłkarzy, czyli Kazimierz Deyna, Henryk Kasperczak oraz Jerzy Gorgoń ogłosili, że po mistrzostwach zakończą reprezentacyjne kariery. Jak się później okazało, słowa dotrzymali. Po meczu z Brazylią zakończył się mundial dla Polaków i zamknął się pewien rozdział w historii reprezentacyjnej piłki.

Czytaj także:
Najbardziej pamiętne mecze w historii futbolu cz.1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *